Idzie luty, podkuj buty!
Zima w naszym klimacie zawsze była bardzo trudnym okresem dla człowieka. Od grudnia rosła powłoka śnieżna, by w lutym osiągnąć apogeum, a temperatura nocami spadała do minus dwudziestu, a nawet trzydziestu stopni. Wschodnie wiatry potęgowały uczucie chłodu, a zaspy utrudniały poruszanie się. W tych zimowych warunkach drzewa pękały z hukiem, a dzikie zwierzęta podchodziły pod wsie i stanowiły zagrożenie dla ludzi i dobytku. Zwłaszcza wilki były postrachem ludzi i zwierząt domowych. Strach przed napaścią tych wygłodniałych zwierząt paraliżował mieszkańców wsi, więc uciekano się do różnych sposobów ochrony. Matkę Boską Gromniczną uważano za opiekunkę chroniącą od napaści wilków. Kiedy zimą słychać było wycie wypalano płomieniem gromnicy krzyże na pomieszczeniach, w których były domowe zwierzęta. Często w zimową podróż zabierano gromnicę, gdyż wierzono, że jej blask zniechęci wilki do ataku. W tym czasie, kto nie musiał nie oddalał się od domu.
Warunki atmosferyczne nie były zaskoczeniem dla mieszkańców wsi. Tak, po prostu było. Do zimy należało się tylko odpowiednio przygotować. Każdy miesiąc zimy miał swoją specyfikę. Luty to najkrótszy miesiąc w roku, był uważany za najmroźniejszy i najtrudniejszy, nazywano go też „wilczym miesiącem”, gdyż te zwierzęta rozpoczynają wówczas ruję i są szczególnie niebezpieczne. Mądrość ludowa wskazuje luty jako mieniąc do prognozowania pogody na wiosnę i lato: „W lutym śnieg i mróz stały, w lecie będą upały”, „Kiedy luty pofolguje – marzec zimę zreperuje”, „W lutym wody wiele – w lecie głodne i cielę”.
Ciepłe ubranie, buty, które kiedyś były naprawdę rzeczą niezwykle cenną, chroniły człowieka. Ważne było też przygotowanie swojego najbliższego otoczenia. Drewniane ściany, zwłaszcza wykonane z cieńszych bali, nie zawsze zapewniały odpowiednią temperaturę w izbach. Starym sposobem ocieplania domów było „gacenie”, które polegało na budowaniu wokół domu prowizorycznego płotka z żerdzi, oddalonego od ścian o kilkadziesiąt centymetrów. Ogata była na całej wysokości domu lub sięgała tylko do okien. Powstałą przestrzeń wypełniano słomą, liśćmi lub ściółką leśną, w ten sposób tworzono izolację domu. Wiosną ocieplenie likwidowano, wykorzystując je na ściółkę dla zwierząt domowych, ale też zdarzało się, że leżało ono latami[1]. Nie tylko zewnątrz ocieplano chałupę, ale też dbano, by wewnątrz było choć przez chwilę ciepło.
W izbach były kuchnie opalane drewnem, chrustem, gałęziami, szyszkami, słomą. W biednych domach bardzo często brakowało opału. Zarówno jesienią, jak i zimą ludzie zbierali w lesie chrust i całe wiązki przynosili, by choć trochę się ogrzać w blasku ognia. Kiedy płonął ogień panowało ciepło, gdy gasł ludzie marzli. W izbie, gdzie nocowali wszyscy domownicy nocami temperatura spadała do kilku stopni powyżej zera, a w sieni stojąca w wiadrach woda zamarzała. W ciągu dnia utrzymywano w chałupie płomień, w nocy zasypywano żar popiołem w obawie przed pożarem. Do rana zwykle wszystko było wygaszone i trzeba było rozpalać ogień od nowa. Jeszcze na początku XX wieku, w biednych domach rozniecano ogień krzesiwem, ponieważ zapałki były luksusem. Krzesanie to mozolne zajęcie, dlatego łatwiej było ognia pożyczyć. Dziś często używamy słów „wpaść, jak po ogień”, co oznacza pojawić się gdzieś na krótko i szybko odejść z powodu braku czasu. To wyrażenie pochodzi z czasów, gdy po żar do rozpalania pieca chodziło się do sąsiadów i wracało z nim szybko, by nie zgasł. Brała więc gospodyni stary garnek i szła do sąsiadki po żarzące się węgle, po czym biegła szybko z powrotem do domu, by rozpalić ogień.
Na zimę gromadzono też zapasy pożywienia. Główny zasób stanowiły produkty roślinne, głównie zboża. Mąka, była podstawą tradycyjnych potraw, przyrządzano z niej polewki lub inne breje oraz pieczono podpłomyki i chleb. Ważne znaczenie w pożywieniu wsi zajmowała kapusta i groch. Powiadano: „Kiedy tylko jest groch w chałupie i kapusta w kłodzie (beczce), to bieda nie dobodzie”[2]. Niestety szybko ubywało jedzenia, więc cieszono się świętami Bożego Narodzenia, a później już z utęsknieniem wypatrywano oznak wiosny. Luty już daje nadzieję na wiosnę i odrodzenie po zimowej martwocie.
dr Małgorzata Dziura
[1] Zob. T. Czerwiński, Budownictwo ludowe w Polsce, Warszawa 2006, s. 14.
[2] B. Ogrodowska, Tradycje polskiego stołu, Warszawa 2012, s. 102.



