Bertalan Geőcze – „A przemysli tragédia” („Przemyska tragedia”)

okladka14 maja przypada 134. rocznica urodzin Bertalana Geőczego, który jako oficer służył w Twierdzy Przemyśl i w 1922 r. wydał książkę pt. „A przemysli tragédia” („Przemyska tragedia”).

B. Geőcze urodził się w 1886 r. w Szombáthely. Ukończył węgierską Akademię Wojskową Cesarzowej Ludwiki (Ludovika Akadémia) w Budapeszcie i przez kilka lat służył jako oficer służby czynnej, później zaczął studiować prawo. W Przemyślu służył jako oficer Sztabu Generalnego (porucznik, później kapitan) w sztabie 23 Dywizji Piechoty Honwedu. Powierzono mu też funkcję cenzora w wydawanym dla węgierskich żołnierzy dzienniku „Tábori Ujság”; sam jednakże niejednokrotnie zamieszczał tu swe teksty. Po upadku twierdzy dostał się do rosyjskiej niewoli, z której wrócił 8 marca 1918 r. Ponownie wcielony do wojska służył na zajętej przez państwa centralne Ukrainie. Zdemobilizowany w październiku 1918 r., w okresie istnienia Węgierskiej Republiki Rad (marzec-sierpień 1919 r.), komuniści przydzielili go do Ministerstwa Obrony Krajowej; zagrożony wcieleniem do węgierskiej armii czerwonej uciekł do kontrolowanego przez antykomunistów Segedyna, gdzie przyłączył się do antykomunistycznych sił organizowanych przez admirała Miklósa Hortyego. Po wojnie pracował jako adwokat (od 1920 r.), specjalizował się też w prawie międzynarodowym, czego efektem były liczne publikacje, działania arbitrażowe w sporach sądowych między obywatelami węgierskimi a państwami sukcesyjnymi (Serbią/Jugosławią, Czechosłowacją, Rumunią) oraz funkcje w organizacjach węgierskich i międzynarodowych (sekretarz w International Law Association). Władał językami: niemieckim, francuskim, angielskim, rosyjskim i włoskim, w 1922 r. został tłumaczem przysięgłym języka francuskiego, rosyjskiego i niemieckiego. Aktywny w ruchu kombatanckim, niejednokrotnie wygłaszał odczyty (także radiowe) związane walkami o Twierdzę Przemyśl. Zmarł (prawdopodobnie) 9 lutego 1945 r. w oblężonym przez Rosjan Budapeszcie.

Wydaną w 1922 r. „Przemyską tragedię” Geőcze zaczął pisać jeszcze w czasie walk o Przemyśl. Fragmenty tej książki ukazały się na łamach „Tábori Ujság”. Jak pisał we wstępie książki: „Już w styczniu 1915 r. zacząłem nad nią pracować w Twierdzy Przemyśl i mniej więcej byłem gotów z pracą, gdy twierdza upadła. Rękopis przekazałem pewnemu przemyskiemu znajomemu w celu jego przechowania. Znajomy spalił manuskrypt w obawie przed Rosjanami. W niewoli na nowo podjąłem prace nad książką i zakończyłem je w ciągu roku. Ale w jakich okolicznościach!... Zwalczając wszystkie niedogodności życia w tłoku, ukrywając ją w ziemi, stosie węgla, w piecu i podobnych miejscach przed odbywanymi dwa, trzy razy w tygodniu rewizjami, w ciągłym moralnym cierpieniu i poniżeniu, w coraz bardziej napiętej atmosferze, w rozdrażnieniu i przygnębieniu. Do tego dochodziło jeszcze to, że przeciętnie co dwa miesiące przenoszono nas i za każdym razem szczególnie trzeba było ukrywać rękopis, gdyż przecież nie wiedzieliśmy, co czeka nas w nowym obozie. W każdej mojej skrzyni było podwójne dno; tam kładłem rękopis w czasie przeprowadzki, by później na nowym miejscu, po należytym zorientowaniu się i znalezieniu odpowiedniego stałego miejsca ukrycia, znów go wydobyć. Kiedy w czerwcu 1916 r. nie powiodła się moja pierwsza próba ucieczki i od granicy rumuńskiej zostałem z powrotem pod eskortą odprowadzony do obozu, a następnie zamknięty na trzy miesiące w więzieniu, także tam powędrował ze mną rękopis ukryty w podwójnym dnie skrzyni. Trzy tygodnie spałem na nim w bydlęcym wagonie, gdy byliśmy w drodze na wschodnią Syberię i miesiącami spoczywał pod podłogą naszego pokoju w baraku w Berezowce. Latem 1917 r. poprosiłem pewnego przedstawiciela szwedzkiego Czerwonego Krzyża, który przybył do Berezowki (Transbajkalia), by zabrał go z sobą do Sankt Petersburga i stamtąd wysłał na Węgry. Człowiek ów był łaskaw podjąć się tego, zabrał rękopis i w lipcu 1918 r. wysłał go do Wiednia, skąd dalej przesłano go do Charkowa (Ukraina), gdzie pełniłem służbę po pomyślnej ucieczce z Syberii. Charków leży zaledwie kilka godzin jazdy od Birjucza (gubernia woroneska), gdzie po dostaniu się do niewoli, zacząłem onegdaj pisać tę książkę.

Taką okrężną drogę przebył rękopis, zanim przybrał formę książki. Z powodu rewolucyjnych czasów jej wydanie na długo się opóźniło, zanim po wielu trudnościach dopiero teraz książka ujrzała światło dzienne”.

*

Pisana przez uczestnika wydarzeń „A przemysli tragédia” w niewielkim stopniu odzwierciedla osobiste przeżycia autora. Nie jest pamiętnikiem, jest cennym – choć nierzadko subiektywnym i nie wolnym od pewnych stereotypowych, typowych dla węgierskiej wojennej literatury tego czasu obrazów – opracowaniem o charakterze źródłowym, opisującym walki o Twierdzę Przemyśl.

Poniżej prezentujemy tłumaczenie drugiego rozdziału tej książki.

Rozdział 2

Co to jest twierdza pierścieniowa? Forty. Międzypola. Przedpola. Rdzeń twierdzy. Linie i narzędzia komunikacji. Telefon i telegraf. Służba obserwacyjna. Rozpoznanie. O garnizonie. Rola piechoty, jazdy i artylerii. Służby żywnościowe, amunicyjne i sanitarne. O ludności cywilnej.

W czasie wielkiej wojny szerokie kręgi opinii publicznej zdobyły dużą wiedzę w kwestiach wojskowych. W trwających zmaganiach udział brali dosłownie wszyscy obywatele walczących narodów; omawianie wydarzeń pola walki, kwestii wojskowych było na porządku dziennym dyskusji towarzyskich. Wojskowe pojęcia, fachowe wyrażenia stopniowo przenikały do świadomości społecznej, stając się dobrem wspólnym.

O ile jednak opinia publiczna poznała zasady i czynniki walk polowych, o tyle niewiele wiedziała o urządzeniu twierdz i walkach fortecznych. Niewielka była liczba tych, którzy widzieli współczesną twierdzę, a już największą rzadkością byli ci, którzy zaznajomieni byli z jej detalami. Nie sądzę, by zdarzali się tacy, którzy nowoczesną twierdzę wyobrażali sobie jako średniowieczny zamek rycerski, na widocznym z daleka skalnym wierzchołku, z ogromnymi basztami oraz z królewną o marzycielskim wzroku mieszkającą w wieży, ale bardzo prawdopodobne, że gdy w gazetach pojawiły się informacje mówiące o Przemyślu, to bardzo niewielu czytelników potrafiło przedstawić sobie odpowiadający prawdzie obraz twierdzy.

autorTo przywiodło mnie do myśli, by zanim zacznę opisywać obronę Twierdzy Przemyśl, kilkoma słowami opisać twierdzę, by czytelnik zrozumiał znajdujące się w książce wyrażenia fachowe i wyrobił sobie właściwy obraz o sytuacji załogi, jej aktywności i przebiegu obrony.

Ponieważ ta książka zajmuje się wyłącznie Twierdzą Przemyśl, przy czytaniu będą potrzebne tylko te informacje odnoszące się do fortyfikacji, które związane są z Przemyślem. Tak że inne rodzaje twierdz w toku omawiania całkowicie można pominąć.

Jednakże chciałbym odpowiedzieć na pytanie, czy Przemyśl odpowiadał wymogom stawianym nowoczesnej twierdzy, czy też nie.

Przemyśl należał do rodzaju twierdz określanych mianem pierścieniowych. W nazwie tej zawiera się to, że twierdza opasuje broniony teren. Ten mający być broniony teren ma znaczenie strategiczne. Zwykle leży on na jakiejś naturalnej przeszkodzie, na przeprawie leżącej na barierze wodnej znajdującej się na głównej linii natarcia nieprzyjaciela, ale też twierdza pierścieniowa może bronić stolicy państwa (Paryż, Bukareszt).

Twierdza Przemyśl broniła mostów na rzece San na jednym z głównych kierunków natarcia armii rosyjskiej. Obszar twierdzy wynosił ok. 140 km kwadratowych. Pierścień, który obejmował miasto Przemyśl i 21 okolicznych wsi, miał ok. 50 km długości. Aczkolwiek te liczby wydają się duże, to Przemyśl pozostawał daleko w tyle za największymi twierdzami Europy. Paryż, Bukareszt, Warszawa, Antwerpia – wszystkie znacznie go przewyższały. Gdyby np. promień pierścienia wokół Antwerpii chcielibyśmy poprowadzić wokół Przemyśla to wówczas przebiegałby on od Bukowego Garbu przez Śmigłówkę, Zamiechów, Stubno, Nakło, Janaczów, Glinska, Magierę, Kopystańkę. Podczas gdy jednak tak ogromnych rozmiarów twierdza jak Antwerpia upadła, to załoga Przemyśla odparła atak armii Radko Dimitriewa.

Obrona mostów wymagała od pierścienia twierdzy, by ciągnął się w takiej od nich odległości, by działa oblężnicze nieprzyjaciela, których donośność przewyższała zasięg dział fortecznych, nie mogły ostrzeliwać przepraw.

Twierdza Przemyśl nie odpowiadała tym wymogom. Odległość linii pierścienia od mostów wahała się pomiędzy 5-11 kilometrami. W VIII obwodzie obronnym, na południowo-zachodnim odcinku twierdzy, gdzie forty leżały zaledwie 5 km od mostów, nieprzyjaciel podciągnąwszy działa za wzgórza Pod Mazurami lub Helicha, mógł pokryć ogniem przeprawy, co w tym przypadku mogłoby uniemożliwić przerzucanie oddziałów z jednej części położonej na obu brzegach Sanu twierdzy do drugiej i w ten sposób nie mogłaby się ona utrzymać przez dłuższy czas, tym bardziej, że w mieście nie tylko brakowało przepisowej ilości części składanych mostów wojskowych, ale też przekupiona przez Rosjan ludność cywilna usunęła wybudowane jeszcze w czasie pokojowym łazienki na Sanie, które mogły dostarczyć materiał na wzniesienie prowizorycznych mostów.

Dla odsunięcia tego niebezpieczeństwa oddziały garnizonu stale obsadzały wzgórza Pod Mazurami, Helicha i Na Górach-Batycze, przed fortami pierścienia.

Pierścień w niektórych miejscach okazywał się także zbyt ciasny. Nieprzyjaciel zręcznie ustawionymi bateriami artylerii polowej w czasie pierwszego oblężenia ostrzeliwał miasto z południowej strony. Szrapnele pojawiły się też nad dziedzińcem Komendy Twierdzy i w towarzystwie białych obłoczków zagościły zasypując je kulkami w oknach biur. Także w czasie pierwszego oblężenia w jeden szpital uderzyło około 40 granatów, które zabiły i raniły wielu pacjentów. Pod koniec drugiego oblężenia artyleria rosyjska regularnie ostrzeliwała miasto, szczególnie okolice magazynu artyleryjskiego.

Poza zbyt wąsko zakreślonym pierścieniem niekorzystne dla obrony było także zbytnie wysunięcie do przodu VI obwodu obronnego. Oryginalnie pierścień poprowadzony był przez fort I. Ciągnące się od niego na wschód półkole fortów zostało dopiero później dosztukowane.

Armia oblężnicza otaczając tę występującą do przodu część pierścienia, mogła jej południową linię od północy, północną zaś od południa ostrzeliwać od zapola. To miało miejsce zarówno w czasie pierwszego, jak i drugiego oblężenia.

Pierścień składał się z łańcucha fortów, które łączyły stanowiska piechoty i schrony. Fort to zamknięty wielobok stanowisk strzeleckich i artyleryjskich. Prostsze forty to nic innego, jak ziemne szańce, które nie różnią się niczym od punktów oporu armii polowej. W ważniejszych, wzniesionych w miejscach bardziej narażonych na ataki nieprzyjaciela fortach wzniesione zostały odporne na granaty schrony dla załogi, z których wznosiły się ledwo dostrzegalne obrotowe wieże pancerne dla dział, jak i dla obserwatorów. W Przemyślu pierścień składał się w największej części z fortów artyleryjskich, w których przygotowane były stanowiska dla piechoty i artylerii.

Na forcie na linii skierowanej do nieprzyjaciela znajdowały się stanowiska piechoty dla strzelców. Wokół fortu ciągnęły się przeszkody, zwykle głębokie fosy o stromych zboczach, wzdłuż których można było strzelać ogniem bocznym z karabinów maszynowych lub szybkostrzelnych dział. Przed fosami znajdowały się w wielu rzędach zasieki, wilcze doły, pola minowe. Wszystkie te przeszkody dziś już stosuje się także w stanowiskach armii polowej.

Teren przed fortami starannie ogołocono, ażeby nieprzyjaciel nie znalazł na nim schronienia. Lasy, grupy drzew wykarczowano, wsie zrównano z ziemią, tak że ledwie pozostał po nich widoczny ślad. Miejsca po kwitnących wsiach, pałacach i parkach w najlepszym przypadku znaczyły ciemniejsze łaty – całkowicie zniknęły z powierzchni ziemi.

Wokół Przemyśla następujące wsie były całkowicie zniszczone: Łętownia, Ujkowice, Batycze, Hnatkowice, Orzechowce, Duńkowiczki, Bolestraszyce, Wyszatyce, Byków, Pleszowice, Popowice, Cyków, Rożubowice, Stanisławczyk, Hermanowice, Grochowce. Poza tym poza spustoszonym pierścieniem większa część leżących wsi została spalona, chociaż nie zostały one całkowicie zniszczone.

Forty za pomocą drzew i krzewów były zręcznie ukryte, tak, że z odległości kilkuset metrów ledwie można było je wykryć. To jest najbardziej charakterystyczną cechą nowoczesnej twierdzy, że nie jest ona widoczna, a jest ona ukryta. Jej położenie, sekrety, można wykryć tylko dzięki lotnictwu, o ile jednak nie udało się w czasie pokoju dzięki szpiegom uzyskać dokładnych planów. U Rosjan były takie dokładne plany Przemyśla, jak u załogi twierdzy.

W forcie przeciętnie ulokowane było ½-1 kompania piechoty i 2-12, a nawet niekiedy 17-18 dział. Poza tym na niektórych fortach było 1-2 karabiny maszynowe, przeważnie dla ostrzeliwania fos, dalej reflektory, rakietnice, itp. W ważniejszych punktach pierścienia zostały wzniesione większe i lepiej wyposażone forty, w mniej ważnych miejscach, mniejsze. Większe forty były oznaczone kolejnymi cyframi rzymskimi, mniejsze zaś rzymską cyfrą sąsiedniego fortu głównego lub dodatkową cyfrą arabską. Poza tym w fortach była też nazwa, np. „Salis-Soglio” (I), „Duńkowiczki” (XI), „Łysiczka” (I/1), itp.

Forty łączyły stanowiska piechoty, tzw. międzypole (Interwall), przed którymi również ciągnęły się przeszkody. Za stanowiskami znajdowały się ziemianki wybudowane z drewna i ziemi, dla obsadzających odcinek oddziałów. Poza fortami i pozycjami międzypolowymi do pierścienia należały też stanowiska artyleryjskie, które częściowo były stale obsadzone, częściowo zaś przygotowane zawczasu dla rezerwowych baterii artyleryjskich. Kilka fortów z sąsiednimi stanowiskami piechoty i artylerii tworzyły jedną grupę forteczną, kilka grup fortecznych obwód obronny. W grupach fortecznych, jak i w obwodach obronnych był oddzielny dowódca, dla którego organem pomocniczym w sprawach artyleryjskich był dowódca artylerii grupy fortecznej, bądź artylerii obwodu, zaś w sprawach technicznych oficer techniczny.

Linia pierścienia w Przemyślu dzieliła się na 6 obwodów: III-VIII obwody obronne. Załoga każdego obwodu wahała się między 8 a 12 batalionów, 15-25 karabinów maszynowych i 80-120 dział. Poza tym było ¼ -1 szwadron jazdy, 1 kompania saperów, oddział telefoniczny, itp.

Bezpośrednio pod murami miasta ciągnęła się druga, słaba linia fortów, tzw. rdzeń (Noyau). Szańce ziemne, stare działa, przed stanowiskami zasieki. Rdzeń dzielił się na dwa obwody obronne (I i II). Jego celem miało być zatrzymanie nieprzyjaciela, gdyby padł pierścień. Jednak temu celowi rdzeń nie odpowiadał i w nowoczesnej twierdzy nie było dlań miejsca. Potrzebniejsza od niego byłaby natomiast linia obrony położona dalej od mających być chronionymi mostów. Jedna linia pierścienia nie wystarczała. Przynajmniej potrzebne były dwie, ale w miarę możliwości więcej.

Przykładowo Paryż, Bukareszt, Warszawa, Verdun były otoczone większą liczbą pierścieni. W walkach polowych także widzieliśmy, że obrońcy zawsze budowali więcej linii obrony, wbrew zapatrywaniom panującym przed wojną. Tym bardziej była uzasadniona większa liczba pierścieni w twierdzach. Nie było potrzeby budowania ich już w czasach pokoju; wystarczyło, by kilka dobrych fortów dało zarys każdej linii i w czasie wyposażania twierdzy w czasie mobilizacji ją wykończyć. Tak we współczesnych twierdzach – także w jednopierścieniowym Przemyślu – także było. W czasie pokoju gotowe były tylko forty i stanowiska artyleryjskie, międzypola wybudowano w czasie wyposażania twierdzy. Gdyby twierdzę Przemyśl chciano po wojnie rozbudować, to dzisiejszy pierścień można by wykorzystać jako drugą, albo trzecią linię. Właściwą linię główną należałoby przesunąć daleko do przodu. Rdzeń zaś należałoby zniwelować.

Należy wspomnieć w tym miejscu, że za wschodnią, wysuniętą do przodu częścią pierścienia, na wniosek generała Árpáda Tamásyego wzniesiono praktyczniejszą linię, a mianowicie między Hureczkiem i Jaksmanicami, jak również między Krównikami a Łuczycami.

Przy budowie fortów miarodajnym było, jakie były cele i zadania twierdzy, na jaką skalę działaniom nieprzyjaciela będzie musiała ona sprostać. Nieprzyjaciel mógł rozwinąć przeciw twierdzy wielorakie działania, które ze względu na intensywność znacznie różniły się między sobą. Były to oblężenie, szturm albo atak, bombardowanie i wygłodzenie.

Oblężenie: systematyczny atak artylerii oblężniczej, przy pomocy ciężkich dział i oddziałów technicznych. Szturm: zaskakujący atak ze współdziałaniem artylerii armii polowej (Pierwsze oblężenie Przemyśla). Bombardowanie to wyłącznie artyleryjski atak: bez ataku szturmującej piechoty, zmuszenie załogi twierdzy jedynie ogniem artyleryjskim do poddania się. Wygłodzenie: całkowite odcięcie twierdzy od świata zewnętrznego, by wywołać poddanie się twierdzy przez wyczerpanie zapasów żywności (drugie oblężenie Przemyśla).

Jeśli zadaniem twierdzy jest przeciwstawić się oblężeniu, to musi się ona składać z fortów, których nie rozbiją działa największego kalibru, czyli z fortów odpornych na działanie bomb. Oczywiście ten warunek ciężko jest dziś spełnić, gdy mamy do czynienia z działami kalibru 42, a nawet 52 cm.

Jeśli zadaniem twierdzy jest tylko przeciwstawić się szturmowi, wówczas jej forty powinny być odporne tylko na działanie granatów, albo na działanie artylerii będącej w posiadaniu armii polowej, kalibru około 15 cm. W tym przypadku główny ciężar musiał być położony na linię przeszkód, które musiały być wystarczająco silne, by nieprzyjaciel nie mógł się przedrzeć przez nie przez zaskoczenie. Przez to założenie nazywano je „odpornymi na szturm”.

Forty przemyskie były odporne na granaty i przy okazji szturmu rosyjskiego stawiły opór granatom ciężkiej artylerii polowej Rosjan. Odporność na szturm pozostawiała natomiast wiele do życzenia, tak że przy okazji ataku załoga musiała być w pełnej gotowości, by odeprzeć zaskakujący szturm rosyjskiej piechoty która łatwym sposobem mogła przejść przez kilka rzędów zapór z drutu.

Z punktu widzenia obrony doniosłe znaczenie miały linie komunikacyjne w twierdzy i środki łączności. Przesunięcie piechoty, a szczególnie artylerii z centrum do obwodów obronnych, jak również z jednego odcinka obrony do drugiego, wymagało znakomitych dróg. Dla transportu amunicji, żywności i innych artykułów do pierścienia potrzebna była kolejka polowa oraz samochody.

W Przemyślu sieć drogowa była znakomicie rozwinięta i początkowo drogi były w dobrym stanie; późnej w skutek bezustannego używania i deszczowej pogody niektóre bardzo się zniszczyły. Kolejka polowa wiodła prawie do każdego obwodu obronnego. Komenda Twierdzy rozporządzała także samochodami terenowymi, te jednak nadzwyczajnie oszczędzała, dlatego dokonująca częstych wypadów piechota musiała przemieszczać się pieszo, co wymagało dużo czasu i zdradzało wypad oraz zużywało buty, których nie można było wymienić. Jako główny środek transportu używano ciągnionych przez konie furmanek oraz kolejki konnej. Koni było wiele, samochodów mało. Powinno być właśnie odwrotnie. W Przemyślu wprawdzie z aprowizacyjnego punktu widzenia wykorzystano wiele koni, ale ten pożytek był jedynie konsekwencją niedoborów zapasów żywności, do czego również nie można było dopuścić. Gdyby w magazynach były wystarczające zapasy mięsa, wówczas te konie były by ciężarem i przysparzały by zbytecznych trosk z punktu widzenia wyżywienia. Na głównych liniach trzeba było zaspokoić potrzeby transportu i poza tym Komenda Twierdzy musiała mieć dużą liczbę samochodów ciężarowych do dyspozycji dla transportu oddziałów i amunicji. Konie w tych oddziałach potrzebne były jedynie jako wierzchowce, jak również jako konie pociągowe w artylerii i w taborach oddziałów, które były wyznaczone do wypadów.

Szybkie przekazywanie rozkazów i meldunków, tak wewnątrz twierdzy, jak i pomiędzy twierdzą oraz armią polową było jednym z najważniejszych postulatów. Wewnątrz twierdzy powinna być rozbudowana sieć telefoniczna i telegraficzna, która umożliwia natychmiastową łączność między dowództwami. W tym wypadku zaś, gdy te środki odmawiają posłuszeństwa, do dyspozycji znajdują się samochody, rowerzyści i konni gońcy. Pomiędzy oblężoną twierdzą i armią łączność utrzymuje telegraf iskrowy i aparaty powietrzne.

W Przemyślu łączność wewnątrz twierdzy załatwiała sieć telefoniczna i telegraficzna. Dopóki artyleria nieprzyjaciela strzelała jedynie sporadycznie, dopóty znakomicie pracowało każde połączenie, gdy jednak ogień nieprzyjaciela stawał się żywszy i salwy zalewały fortyfikacje i linie komunikacyjne, natychmiast ustawała łączność, roztrzaskiwały się słupy i ciśnienie powietrza rwało przewody. Na większą skalę takie problemy spowodowane były w czasie październikowego szturmu i przy próbie przebicia się w marcu. Przy tej okazji rowerzyści i huzarzy z pospolitego ruszenia musieli przekazywać rozkazy i meldunki pomiędzy fortami, a dowództwami. Chociaż ci gońcy, pomimo niszczycielskiego ognia nieprzyjaciela znakomicie wypełniali swe zadania, to jednak trzeba zauważyć, że łączność wskutek zerwania linii telefonicznych i telegraficznych, zasadniczo szwankowała.

Dla uniknięcia tych mogących stać się fatalnymi zakłóceń, najwłaściwsza byłaby możliwość, by w twierdzy oprócz linii napowietrznych, przynajmniej główne linie poprowadzone by były kablem głęboko pod ziemią i by siedziby dowództw obwodów obronnych dysponowały betonowymi centrami łączności.

Natomiast oddziały przeprowadzającym wypady koniecznie musiały być zaopatrzone w polowe urządzenia telefoniczne. W Przemyślu przy niezliczonych wypadach dysponowano jedynie przykładnie wypełniającym swą służbę oddziałem telefonicznym 23 Dywizji Piechoty Honwedu, chociaż wypadające oddziały wielokrotnie niemalże miały siłę korpusu i na ogromnej wielkości obszarze wspinały się na wzgórza porośnięte gęstym lasem.

Z Naczelnym Dowództwem i w ogóle ze światem zewnętrznym łączność w pierwszym rzędzie podtrzymywała stała stacja telegrafu iskrowego twierdzy. W czasie trwających sześć miesięcy walk nigdy się nie zdarzyło, by stacja telegrafu iskrowego odmówiła posłuszeństwa aż do 21 marca 1915 r., gdy została rozbita granatami artylerii rosyjskiej. W ostatnią noc jej rolę przejęło polowe stanowisko telegrafu iskrowego.

Oprócz telegrafu iskrowego także samoloty pełniły służbę łącznościową. W czasie pierwszego oblężenia nie było samolotów i ich brak był bardzo odczuwalny. W czasie drugiego oblężenia twierdza z wielkim trudem otrzymała jedną eskadrę. Samoloty nie były najlepsze, ich silniki były zużyte i przed poddaniem twierdzy maszyny trzeba było spalić, ponieważ nie mogły wystartować.

Obserwowanie nieprzyjaciela odbywało się ze stanowisk obserwacyjnych ulokowanych w pierścieniu, na przedpolu oraz na specjalnie do tego celu nadających się wzgórzach, przykładowo na Kopcu Tatarskim. Obserwatorzy w pierwszym rzędzie pełnili służbę dla potrzeb artylerii twierdzy. Meldowali oni o liniach nieprzyjaciela oblegającego twierdzę i zmianach za liniami, szczególnie przesunięciach oddziałów i taborów wojskowych. O prowadzonych na wielką skalę ruchach oddziałów i taborów wojskowych, w przypadku dobrej pogody widocznych od Radymna na północy do Dobromila na południu, informowano Naczelne Dowództwo armii meldunkami przesyłanymi telegrafem iskrowym.

Balony na uwięzi były wykorzystywane w mniejszym stopniu. W czasie październikowego szturmu obserwator z balonu w VII obwodzie obronnym wykrył jedną rosyjską baterię, która ostrzeliwała miasto i którą później uciszyła artyleria twierdzy.

Rozpoznanie w czasie pierwszego oblężenia przeprowadzała jazda i piechota, w czasie drugiego piechota i eskadra lotnicza. Na obszarze wywiadowczym pracowali też szpiedzy, których meldunki uzupełniały zeznania ludności cywilnej i jeńców.

W czasie walk związanych z otaczaniem szerokie pole otwarło się dla aktywności wydzielonych oddziałów jazdy i patroli, natomiast po zamknięciu oblężenia wartościowe dane dawały jedynie samoloty i patrole piesze. Piesze patrole walczyły z ogromnymi trudnościami, ich aktywność skierowana była na ustalenie zmian stanowisk armii oblężniczej i jej czujek polowych oraz zdobywanie nagłymi atakami jeńców. Z zeznań jeńców dowiadywano się o zmianach zachodzących w pozycjach armii oblężniczej. Ludność cywilna tak dla nas, jak i dla Rosjan pełniła służbę szpiegowską na obie strony. O wszystkich działaniach rozpoznawczych i wywiadowczych będzie później szerzej mowa.

Teraz jeszcze kilka słów o załodze twierdzy. Chociaż obronę w pasywnym jej znaczeniu i w stałych fortach twierdzy oraz za przeszkodami można prowadzić mniejszymi siłami przeciw dużym siłom nieprzyjaciela, to jednak obrona twierdzy pierścieniowej z tak prymitywnymi środkami walki, jakie miano dyspozycji w Przemyślu, wymagała stosunkowo dużego garnizonu.

Ciężka służba, szczególnie w piechocie na wysuniętych pozycjach przedpolowych, krwawe straty w wypadach, szybko zużywały liczebność garnizonu którego nie można było uzupełnić posiłkami z zaplecza, gdy twierdza była zamknięta.

W Twierdzy Przemyśl była załoga licząca 120.000 żołnierzy. Z tej liczby natomiast tylko około połowy stanowiły oddziały bojowe.

Komenda Twierdzy sprawowała pieczę nad olbrzymim organizmem dla którego obsługi poszczególnych części należało zsynchronizować proste środki stojące do dyspozycji.

Niekorzystnie odczuwalna była słaba synchronizacja pomiędzy dowództwami piechoty, artylerii i oddziałami roboczymi.

Powiększona Komenda Twierdzy szybko została przeniesiona z ciasnego budynku Komendy Twierdzy do budynku Komendy Korpusu, ale tam nie było wcale więcej miejsca, chociaż oddział wywiadowczy oraz Dyrekcja Inżynieryjna pozostały w oddzielnym budynku.

Wśród rodzajów broni znajdowały się z piechoty 1 dywizja, 1 brygada Lanwehry i 4 brygady pospolitego ruszenia, łącznie 21 pułków (64 bataliony). Jeśli weźmiemy pod uwagę, że pierścień miał 50 km długości i że rozciągłość pozycji przedpolowych przekraczała 25 km, wówczas zobaczymy, że wyglądający na duży garnizon właściwie nie był wystarczający. Do tego dochodziło to, że brygada Landwehry, która dotarła do twierdzy przed drugim oblężeniem, składała się z pułków uzupełnianych spośród niegodnych zaufania Rusinów i Polaków, zaś brygad pospolitego ruszenia przy atakach w ogóle nie można było wykorzystać. Z możliwych do wykorzystania w ataku oddziałów pozostało 18 batalionów mocno ucierpiałej w walkach nad Wereszycą o Magierę 23 Dywizji Piechoty Honwedu.

Według istniejącej w czasie wojny organizacji armii brygady pospolitego ruszenia jako jednostki bojowe jeszcze funkcjonowały i na podstawie panującej przed wojną teorii w twierdzach pierścieniowych lokowano piechotę dwojakiej jakości, a mianowicie a) dla celów obrony biernej, w pierścieniu, słabszych, starszych żołnierzy – z pospolitego ruszenia i b) w celu obrony czynnej, jako rezerwę główną dla przeprowadzania wypadów oddziały pierwszoliniowe. Siła tych ostatnich naturalnie uzależniona była od wielkości twierdzy.

Do dyspozycji dowództw obwodów obronnych należało postawić odpowiednią ilość piechoty, by te oddziały poprzez rotację mogły wypocząć, szczególnie przy wyczerpującej służbie na pozycjach przedpolowych. W Przemyślu rezerwy nie były rezerwami głównymi, ale wykorzystywano je do obrony biernej. Musiały nie tylko walczyć w częstych, wyczerpujących wypadach, ale z powodu braku wystarczająco godnych zaufania oddziałów musiały pełnić też wyczerpującą służbę na pozycjach przedpolowych oraz musiały zapewnić obsadę dla obrony dwóch całych obwodów obronnych.

Uderzająco mało było w twierdzy karabinów maszynowych, tego najważniejszego w nowoczesnej obronie twierdz czynnika. Na długim na 50 km pierścieniu i rozciągających się na 25 km pozycjach przedpolowych Komenda Twierdzy rozporządzała następującymi siłami w broni maszynowej: w fortach wbudowanych było 50 karabinów typu Schwarzlose, 10-15 Salvator Dormus i około 15 rosyjskich karabinów maszynowych; na międzypolach i w rezerwach głównych było w sumie 40 – mogących być transportowanych na wozach – karabinów maszynowych Schwarzlose. Do tego dochodziły karabiny maszynowe w pułkach Honwedu (w pułkach pospolitego ruszenia nie było karabinów maszynowych), w sumie 30. W sumie więc wraz z karabinami rezerw głównych i będących na wyposażeniu fortów ostrzeliwujących fosy na 75 km ogólnej linii obronnej było około 150 karabinów maszynowych, a więc 2 na kilometr.

Ponieważ w broni maszynowej bardzo często zdarzały się awarie – szczególnie w karabinach starszego typu – część broni stale znajdowała się w naprawie. Przy obronie zatem ledwo można było liczyć te dwa karabiny na kilometr.

Rola kawalerii w walkach twierdzy ograniczyła się do bardzo krótkiego czasu, do okresu walk związanych z okrążaniem twierdzy. W Przemyślu było około 6 szwadronów, co okazało się być całkiem wystarczające.

Bardzo ważna była kwestia artylerii. Na pytanie, jaki powinien być sprzęt artyleryjski otaczający twierdzę odpowiedź była bardzo prosta: powinien być nowoczesny, dotrzymujący kroku rozwojowi techniki, podobnie jak wszystkie narzędzia walki. Powinny być małego kalibru (6-9 cm) działa szybkostrzelne dla walki bliskiej, dla odpierania ataków piechoty i ostrzeliwania zapór. Powinna być duża liczba stromotorowych ciężkich dział – moździerzy i haubic – 10-30,5 cm i większego kalibru dla ostrzeliwania schronów i pozycji artyleryjskich linii oblężniczej wroga i wreszcie kilka baterii dział dalekonośnych dla ostrzeliwania maszerujących w okolicy twierdzy kolumn wroga, jego kwater i ważnych szlaków. Tradytory (ukryte działa dla ostrzeliwania bocznego sąsiednich fortów) i specjalne działa dla zwalczania statków powietrznych są całkowicie naturalnym uzupełnieniem w nowoczesnej twierdzy.

Naturalnie, że utrzymanie wyposażenia artyleryjskiego na odpowiednim poziomie jest straszliwie kosztowne – wskutek szybkiego rozwoju technicznego – ale państwo musi się z tym liczyć, tak samo jak z kosztami ciągłej modernizacji wyposażenia armii.

Pieniądze włożone w artylerię forteczną przynoszą olbrzymią korzyść. Nawet stary sprzęt artyleryjski w Przemyślu także w jakimś stopniu wypełniał swoją służbę. Pomimo tego że można było odnieść wrażenie, jakby przeznaczony na wyrzucenie sprzęt artyleryjski monarchii został tu zgromadzony.

W pierścieniu i na pozycjach przedpolowych było około 700 dział kalibru 7-15 cm, podczas gdy jako rezerwa ruchomej i ciężkiej artylerii, czyli nie wbudowanego na stałe, możliwego do transportowania samochodami albo zaprzęgami sprzętu kalibru 8-30,5 cm, składała się z około 100 sztuk. Ponad połowa całego sprzętu artyleryjskiego twierdzy składała się z przestarzałych dział wzór 1861 i 1875, z pozostałej części duży odsetek stanowiły działa z lat 80-tych, z których działa kalibru 12 cm były najbardziej użyteczne, szczególnie przy wypadach. W tych bardzo szybko zużyły się lufy. Donośność, która w przypadku dział 12 cm zasadniczo wynosiła 8 km, w istocie skracała się i o precyzyjności ostrzału nie można było mówić. Ta niedogodność w działach starszego typu była jeszcze bardziej odczuwalna.

Działami i największej donośności w twierdzy były 4 moździerze 30,5 cm. Ich zasięg – zasadniczo – wynosił 9,5 km. W rzeczywistości był mniejszy. Donośność pozostałych dział pozostawała przy nich daleko w tyle i zasięg przeważającej większości pozostałych dział wynosił 3-5 km.

Moździerze 30,5 cm reprezentowały w twierdzy nowoczesny sprzęt artyleryjski. Niestety, nie można było ich w pełni wykorzystać. U nieprzyjaciela nie było betonowych budowli, przeciw którym te działa były właściwie stworzone. Jako cel służyły im baterie nieprzyjacielskiej artylerii. Ich ostrzał często przybierał charakter strzelania z działa do wróbli. Zapalniki możliwe były do zastosowania tylko przy twardym celu. Pociski tylko wbijały się w pulchną ziemię, wybuchały i nie wyrządzały szkód. Obserwacja strzałów, która z powodu dużej odległości była możliwa tylko z samolotów, napotykała na wielkie trudności. Na początku twierdza nie dysponowała samolotami, a później, kiedy już otrzymała samoloty i mogła nimi obserwować ostrzał, nie było jak meldować o jego efektach. Gdyby w twierdzy były samoloty wyposażone w aparaty iskrowe, wówczas może lepiej można byłoby wykorzystać kosztowy ostrzał moździerzami 30,5 cm. Były też inne problemy. Spośród 4 moździerzy, jeden stale znajdował się w naprawie.

Przygotowanie nowego miejsca dla działa trwało nawet 2 dni. Z tych danych można zobaczyć, jaka rola przypadła tym – najlepszym działom w twierdzy – w jej obronie.

Działa tradytorowe były tylko w niektórych fortach, środków walki przeciwlotniczej w ogóle. Walka przeciwlotnicza w twierdzy przybierała w ten sposób operetkową postać.

Przy wypadach główna rola przypadła artylerii polowej 23 Dywizji Piechoty Honwedu, 2 Pułkowi Armat Polowych Honwedu (4 baterie). To jest znamienne. Tylko tyle artylerii w dywizji o 18 batalionach! Z artylerii twierdzy przy wypadach współdziałały baterie dział kalibru 9 cm wz. 75, haubice 15 cm (nie nowe haubice Škoda) i niekiedy moździerze 30,5 cm. Artyleria przeprowadzających wypady oddziałów zawsze była słaba. Tak w liczbie, jak i w jakości. Liczba baterii wynosiła około połowy liczby batalionów. I jakie to były baterie! Siłą pociągową dział wz. 75 były galicyjskie małe, krępe koniki, które wśród licznych przekleństw batami popędzali do przodu okutani w kożuchy ruscy chłopi. Amunicja była transportowana za bateriami przez poczciwe furmanki. Te wymarsze miały wygląd bardzo przypominający jakąś wojnę domową. Patrzącemu odruchowo przywodziły na myśl obrazy ilustrujące polskie powstania.

Aktywność oddziałów technicznych – 7 kompanii saperów i 1 kompania pionierów –skupiała się głównie na rozbudowywaniu fortyfikacji. Prac minerskich nie prowadzono. Brały one też udział w walkach na krótki dystans wokół pozycji przedpolowej Na Górach i w końcu wzięły udział w marcowych pracach wysadzających.

Prace przy rozbudowie umocnień prowadzone były pod nadzorem oficerów inżynieryjnych przez oddziały robocze. W Przemyślu było 84 oddziały robocze (z tego więcej niż 60 węgierskich), liczące około 20.000 ludzi. W letnich ubraniach, marznąc, ale z nie gasnącym zapałem pracowali oni w ogniu artyleryjskim nieprzyjaciela na pierścieniu, potem zaś rozbudowując pozycje przedpolowe. Przed południowo-zachodnim frontem twierdzy, na wzgórzach Pod Mazurami i Helicha wykarczowali ogromne obszary lasu.

W ciągu zimy część oddziałów roboczych wykorzystano jako piechotę, by w ten sposób uzupełnić straty w oddziałach piechoty, które nie mogły być uzupełnione rezerwami z ojczyzny. Te oddziały robocze wykorzystywane jako piechota wyposażono w karabiny Mannlichera (wzór 95). Oddziały robocze, które dalej wykonywały swoją pracę otrzymały karabiny Werndla. Oczywiście poza karabinem z bagnetem i ładownicami w tych wykorzystywanych jako piechota oddziałach nie było żadnego innego wyposażenia. Plecaki wojskowe trafiły do kilku oddziałów. W kwestii odzienia sprawa przedstawiała się wprost bardzo ponuro. Mundury były tylko w kilku oddziałach, większość zaś była w letnich cywilnych ubraniach, w których przybyła w sierpniu z domu. Stopy mieli okręcone szmatami.

Oddziały robocze jako piechota bardzo dobrze spełniały swoje zadanie, szczególnie wyszkoleni wojskowo Węgrzy i Niemcy. Przecież w walce obronnej nie trzeba wielkiej wiedzy, a wystarczy dzielne serce.

Bardzo wielkie znaczenie w twierdzy miały służby, ponieważ w przypadku okrążenia nie mogła ona liczyć na uzupełnienia, tylko całkowicie była zdana na własne siły.

Instytucje zdrowotne wypełniały ciężką służbę. W twierdzy żyło 150.000 ludzi, zachorowania zdarzały się w dużej liczbie i ciężkie walki podczas wypadów pociągały za sobą wiele rannych. Poza tym walczące armie dwa razy dostarczyły twierdzy wielką liczbę chorych i rannych. W szpitalach twierdzy było miejsce na 8000 ludzi i liczba ta w czasie bitwy nad Sanem wzrosła do 12.000, a w czasie drugiego oblężenia do 25.000. Ich przygotowanie naturalnie napotkało na wielkie trudności.

Poza szpitalami twierdzy, które ulokowane były w mieście przygotowane były też punkty opatrunkowe, pomiędzy którymi wyróżniał się punkt opatrunkowy nr 17 w VI obwodzie obronnym który został przygotowany według planu lekarza pułkowego dr. Istvána Kovácsa.

Służby sanitarne 23 Dywizji Piechoty Honwedu bardzo dobrze wypełniały swoją służbę w czasie szturmu oraz wypadów.

Amunicji piechoty zużyto stosunkowo niewiele, w czasie 6 miesięcy oblężenia 3 miliony sztuk. Przy okazji wysadzenia twierdzy wiele milionów sztuk trzeba było zniszczyć, albo wrzucić do Sanu.

O służbach aprowizacyjnych i wyżywieniu w ogóle później będzie mowa. W tym miejscu chciałbym jedynie zaznaczyć, że zasadne jest zaopatrzenie każdej twierdzy pierścieniowej w wyżywienie na cały rok – jeśli nie w czasie pokoju, to w czasie wyposażania wojennego.

Brak doświadczenia urzędników aprowizacyjnych było przyczyną wielu konfliktów. Skutkiem tego braku doświadczenia było to, że kwatermistrzowie, w dużej części rezerwiści, w czasie wojny nie byli w stanie sprostać swoim zadaniom.

Każdemu trzeba uświadomić wielką liczbę ludności cywilnej, która pozostała w twierdzy i każdy energiczny czytelnik słusznie mógłby zapytać, dlaczego nie opróżniono twierdzy? O ile mniej byłoby „gęb do wyżywienia”? Odpowiedź jest prosta. Według przepisów – do których stosowała się Komenda Twierdzy – ta część ludności cywilnej, która rozporządzała 3 miesięcznym wyżywieniem, mogła pozostać w twierdzy i tylko pozostałą można było wydalić. Ta jednak przed tym się chroniła.

Na podstawie doświadczenia możemy powiedzieć, że ludność cywilna jest ciężarem dla twierdzy. Trzymanie się przepisów spowodowało, że 30.000 osób prywatnych trzeba było karmić przez 3 miesiące. Ale nie tylko z powodów aprowizacyjnych należy wydalić ludność cywilną, ale też dla zapobieżenia szpiegostwu. Także szerokie pole do działania zyskuje wówczas spekulacja, mogą się zdarzać też bunty i zaburzenia. Ludność cywilna cierpi też od bomb lotniczych i nie oszczędzają jej granaty artyleryjskie nieprzyjaciela.

Z tego co zostało powiedziane każdy może zobaczyć, że Twierdza Przemyśl nie odpowiadała wymaganiom stawianym nowoczesnej twierdzy. Pierścień wąski, chaotyczny, forty stare, przestarzałe, przeszkody słabe, broni maszynowej i aparatów oświetleniowych mało, artyleria – w większości przestarzałe żelastwo, wyposażenie w wielu aspektach niewystarczające. Wszystko to natomiast zastępowało bohaterstwo węgierskiej załogi i jej niezrównana ofiarność. Od niej zależało niepowodzenie wszystkich rosyjskich ataków.

W żaden sposób nie mogły być zastąpione braki w odniesieniu do zaopatrzenia w żywność i dlatego twierdza upadła, wygłodzona w ponurym czasie drugiego oblężenia. Nie dla przechwalania się, ale z przekonania możemy stwierdzić, że gdyby była wystarczająca liczba żywności w twierdzy, to wówczas nie dostałaby się ona w ręce nieprzyjaciela.

I teraz możemy przejść do omówienia historii oblężeń. Po tym co zostało powiedziane, myślę, że czytelnik lepiej będzie potrafił sobie wyobrazić millieu, w którym rozgrywały się te chwalebne, a zarazem smutne wydarzenia.

Przetłumaczył Tomasz Pomykacz